Runda II – Wojciech Grzanka – 30.09.11

  1. Rafał Tałaj 119
  2. Kamil Wereszczyński 108
  3. Robert Górniak 106
  4. Robert Kozieł 98
  5. Franciszek Adamski 91
  6. Krzysztof Lofek 91
  7. Stanisław Ochot 89
  8. Leszek Odziomek 83
  9. Leszek Trąbski 72
  10. Adam Ząbek 71
  11. Józef Prażuch 70
  12. Małgorzata Wołc 61
  13. Władysław Woźniak 59
  14. Stanisław Osyda 58
  15. Antoni Sornek 52
  16. Marek Kania 51
  17. Jadwiga Cęcek 34
  18. Michał Szubert 20
  19. Józefa Szubert 18

Niezłą jatkę odstawił nam Wojtek 30 września. Miast cieszyć się urokami złotej polskiej jesieni, zbieraniem rdzawozłotych liści, formowaniem wymuskanych ludzików z opasłych kasztanów tudzież nurzaniem się w śnieżnych pajęczynach babiego lata (sam to wymyśliłem – żeby nie było), postanowił pomęczyć nas wytworami swojego szaradziarskiego intelektu.
Żebyśmy mieli jasność! To, że melancholijno-romantyczne usposobienie piszącego te słowa kontrastuje u niego z chwiejnością i brakiem stabilizacji psychicznej nie oznacza, że opis ostatnich potyczek będzie jakoś szczególnie porąbany.
Będzie po prostu inny.

Może zacznę od tego, że kolega Wojtek sam jest romantykiem i sam również uległ czarowi złotopolskiej jesieni. Nie bez kozery wręczone nam egzemplarze z zadaniami upstrzone były w kolory bladego brązu i wesołej zieleni (ta wesoła barwa do pory roku jak znalazł). Co, przekładając na język kobiecy, można by zapisać jako: zroszona koniczyna w słoneczny dzień (w przypadku barwy zielonej) i kawa inka w promieniach zachodzącego słońca (w przypadku brązu).
Ale przecież nie o kolorach mam tutaj pisać?!

A zatem. Przyszła jesień. Piękna… złota. Koty wygrzewają się na popielatych dachach, delikatne muśnięcia wiatru przesuwają się delikatnie po ptasich skrzydłach. Pani ze sklepu mięsnego uśmiecha się rubasznie do listonosza, który właśnie zapukał trzy razy. Wszystko wydaje się takie piękne. Takie po prostu cool, że szok.

Dobra… opisy jesienne w sumie też są beznadziejne…

To może o zadaniach coś napiszę?

O Jolce anagramowej w zasadzie nie ma co pisać. Prosta jak barszcz. Barszcz czerwony – czyli definiując barwę językiem kobiecym „skrwawiony ochłap baraniny skropiony delikatną nutą Chateau rocznik 1999”. Przyznam się, że chociaż nie lubię anagramować (a nie lubię anagramować dlatego, że kiepsko mi to wychodzi), to zadanie zrobiłem z palcem w uchu. Po wpisaniu ostatniego słowa spojrzałem potoczyście po całej sali i uśmiech tryumfu spełzł z mojej paszczy z prędkością wzrostu naszego deficytu. Wszyscy bowiem zrobili tę jolkę w tempie ekspresowym, a ja ślimaczyłem się jak Chińczycy przy budowie autostrady. Ale dzięki temu wychwyciłem w jolce wiele pięknych, jesiennych słów, takich jak: koniczyna, nutria, kwiat czy narkotyk.
Rozmarzyłem się. Rozmarzyłem się tak bardzo, że pomyliłem Martynę Wojciechowską z Donaldem Tuskiem. I mogłem sobie kombinować, próbować, przekręcać. Ale za diabła rebusu z pierwszej strony rozwiązać się nie dało. Jedynie z Tuska wyszedł mi fajny wyraz zaczynający się od „K”, ale poczciwość i prostolinijność nie pozwalają mi go tutaj przytoczyć.

Kiedy ostatnie promienie jesiennego słońca wpadały zalotnie przez okna w naszej sadybie, zdecydowałem się przewrócić kartkę. Oczom mym ukazała się szkotka ze wspakami. Piękne zadanko. Pełne jesiennego ciepła z jednej strony, ale wiejące chłodem podsuwalskich wsi, z drugiej. Lubię strasznie zadania edukacyjne. A dzięki szkotce Wojtka dowiedziałem się, że słowo „chuligan” piszemy przez CH. Innych wartości edukacyjnych z tego zadania nie wyniosłem, ale rozwiązując je bawiłem się przednio.
Za to następna Jolka dwuliterowa (nie wiedzieć czemu kojarząca mi się z dwulitrową) to prawdziwa perełka. I to nie tylko przez fakt, że pojawił się w niej kolor jasnoniebieski (czyli w wersji dla kobiet „skrawek karaibskiego morza po tsunami”). Zadanko z pozoru nie do ruszenia przez zwykłego śmiertelnika (definicja „śmiertelnika” – „Każdy członek klubu Ariada, nie noszący nazwiska Tałaj”!) wcale nie było aż tak trudne, jak je barwy jesieni namalowały. Wystarczyło ruszyć słowa ośmioliterowe i dalej szło jak po maśle (zakładając, że ktoś wiedział, co to machikuł).

To teraz łyżka dziegciu. Uzupełnianka z piekła rodem. Niby taka malutka, taka drobniutka, taka subtelna i taka efemeryczna. Człowiek myślał sobie, że dziabnie taką krzyżóweczkę nawet w czasie jesiennej zadumy. A tu klops. Takie maleństwo, a przyprawiło mnie o więcej siwych włosów niż moja teściowa. Brawo Wojtku! Wytłumacz tylko mojej żonie w jaki sposób mnie tak na łbie przyszroniło. Hasło uzupełnianki bardzo jesienne. Kiepura na patelni stoi. Dla niewtajemniczonych: Kiepura (trudne słowo) to alegoria Kiepury, a patelnia (jeszcze trudniejsze słowo) to metafora patelni. Wszystko to razem czyni nazwę nowej potrawy, którą inaczej nazwać możemy giczoły cielęce z cebulką.
Ale najfajniejsze było to, że pojawił się nowy kolorek! Pszeniczne kłosy w świetle 100-watowej żarówki – czyli używając nudnego, prostackiego języka – żółć.

Kolejne zadanko bardzo ucieszyło mą niepoprawnie romantyczną duszę. Ucieszyło, gdyż jego rozwiązaniem był tytuł piosenki przedostatniego (ostatnim jestem ja) romantyka RP – Krzysztofa Krawczyka.”Stending owejszyn” dla Wojtka za zgrabną formę i kolejne przemycenie akcentów jesiennych do zadanka (sandały, panama).

Ostatnia stronka zaowocowała nierozwiązywalną jolką (zakładając, że jest się śmiertelnikiem) i piramidką. To, co wszyscy powinni wynieść z nierozwiązywalnej jolki, to różowy (usta Joli Rutowicz wciśnięte w krzak dzikiej róży) kolorek hasła! Piękne! Ale żeby nie było. Wojtku – z tym herbem, łyżwami i dragami to przesadziłeś. Wiem, że chciałeś sprawdzić granice umysłu naszego kolegi Rafała, ale do diabła – dlaczego chciałeś przy tym wpędzić rzeszę śmiertelników w depresję?

Przez to wszystko byłem tak zdołowany, że mój jesienny dobry humor skończył się późnowrześniową depresją. Nie mogłem spać w nocy, odmówiłem przyjmowania posiłków i zapisałem się do PIS-u.

Właśnie sobie to wszystko przypomniałem i znowu zacząłem popadać w melancholię. Zatem póki jeszcze mogę odnotuję, że zadanka Wojtka skończyły się piramidką i trzema kontrowersyjnymi limerykami. Nie sztuką było je rozwiązać. Sztuką było wpaść na tok myślenia J. Tuwima.
Tak mnie naszło w związku z tym. Może nadamy Tuwimowi tytuł honorowego członka?

Krzysztof Lofek

Skomentuj

4 komentarze

  1. robert66

     /  11/10/2011

    RESPECT I BIG SZACUN za ten opis potyczek. Od razu widać, że masz duszę romantyka, a nie śmiertelnika ( nie dotyczy Rafała). Szczerze mówiąc, to Eliza Orzeszkowa opisując piękno Niemna, mogłaby się wiele od Ciebie nauczyć, a łączy Was wspólny mianownik – cyfra 7. Siedem razy czytałem Twój tekst i mi się nie znudził, u Orzeszkowej natomiast, od razu mi się znudził i w nagrodę dostałem siedem pał.
    Wielkie gratulacje.

  2. Malgosia

     /  11/10/2011

    Czytając ten opis popadłam w jesienną melancholię 😉

  3. Dawid

     /  11/11/2011

    Witam, a można się dowiedzieć ile czasu było przeznaczone na rozwiązywanie?

    Pozdrawiam,
    Dawid Kupiec

  4. wg53

     /  11/11/2011

    Witam, czas przeznaczony na rozwiązanie to 50 minut.
    Pozdrawiam, Wojtek.

Dodaj komentarz