„To już koniec”

To już koniec, moi drodzy,
pewnie zaraz Gosia powie.
Roczek zleciał nam jak z płatka,
zanim się obejrzał człowiek.

Co się przez rok wydarzyło
w skrócie teraz Wam opowiem.
Kto pamięta, niech posłucha,
a kto nie wie, niech się dowie.

Najpierw para młodych wilków
zasiliła nasze grono,
bardzo fajnie, że są z nami.
Młodość jest przyszłością ponoć.

I od razu zaskoczenie,
bowiem wilk spod Jasnej Góry
na jesieni kąsał, drapał,
w zimie stępił swe pazury.

A ten drugi na spokojnie,
widać bliska mu maksyma,
że ważniejsze jak się kończy,
a nie to, jak się zaczyna.

Teraz przejdę do potyczek,
w których wszyscy udział biorą,
w sumie było ich dwadzieścia,
szczerze mówiąc całkiem sporo.

Każdy miał co dwa tygodnie
możliwości swe pokazać
i wystąpić przed innymi
pełniąc rolę gospodarza.

Oprócz ciastek, kaw i soczków
obowiązkiem jego było
przygotować zestaw zadań,
by się w głowie przewróciło.

Były to zadania różne:
jolki, szkotki i AZ-etka,
krótkie formy i rebusy,
słowem cała alfabetka.

Czym dla jednych bułka z masłem,
tym dla drugich puste słowa,
jednak każdy swym ołówkiem
wpisać w diagram coś próbował.

Od początku tych rozgrywek
prymat wiedli w grupie naszej:
Górniak, Lofek i Odziomek,
błyszczał też z Brynowa Staszek.

A i Krzysiek z Tysiąclecia,
który coś obiecał żonie,
by nie odstać od czołówki
czuwał blisko, na ogonie.

Kiedy jednak przyszła wiosna
w klubie padła teza taka:
„Wygrać z nim graniczy z cudem,
nie ma byka na Górniaka”.

Sprawa mistrza przesądzona
– tak się wtedy wydawało,
że zwycięzca jest już pewny,
Robert się okryje chwałą.

Jednak jedna nieobecność
tak miejscami zamieszała,
że strąciła go z pierwszego,
przy czym innym szansę dała.

Do ostatniej prawie chwili
trwała walka w naszym klubie
i się wtedy okazało,
że Staś o włos resztę ubiegł.

Leszek miał co prawda szansę,
nie udało się, albowiem
szyki jego pokrzyżował
Adam Z. i jego krokiew.

Ale cóż to, drogi Staszku,
czemu z triumfu się nie cieszysz?
Oto są dla Ciebie brawa,
niech nam żyje Staszek Pierwszy!

Tyle wprawdzie o potyczkach,
niemniej jednak to nie koniec,
warto przecież coś napomknąć
o imprezach w ekssezonie.

Jak kraj długi i szeroki
nasi prawie wszędzie byli,
na mistrzostwach i turniejach
swą obecność zaznaczyli.

Czy w Grudziądzu, czy Wrocławiu,
Bochni, Gdańsku czy Krakowie
stając w szranki z najlepszymi
nie dał plamy od nas człowiek.

Na ten przykład na Agorze
już wspomniany Krzyś z Katowic,
ku zdumieniu mistrzów wielu,
uległ tylko Tałajowi.

Trochę dalej, bo w Przemyślu
nad szerokim, modrym Sanem
Staszek zdobył trzecie miejsce,
inni miejsca punktowane.

Warto wspomnieć też o Bochni,
gdzie wśród tuzów i włodarzy
pokazali, co potrafią:
świat usłyszał znów o naszych.

No, a w Ryni, moi drodzy,
na trzynastej już biesiadzie
dzięki Gosi Wołc i Jadzi
nie zapomną o Ariadzie.

Tam ponadto Leszek Trąbski
– trzeba przyznać, że bystrzacha,
rozwiązując w mig rebusy
wygrał turniej B. Malacha.

Jeśli ktoś mnie chce posądzić
o cne kłamstwa i zagrywki,
może to zweryfikować
zaglądając do „Rozrywki”.

Jeszcze wspomnę o Robercie,
który u nas dziś nie gości,
że mógł z każdym wygrać w cuglach,
nie ulega wątpliwości.

Jego talent i zasługi,
aż w Warszawie dostrzeżono,
za co mu z kryształu różę
„Rozrywkowe” dało grono.

Pora kończyć te nużące,
rymowane dywagacje
i pomyśleć o urlopie,
bo za tydzień już wakacje.

Po to, by z początkiem września
znowu spotkać się w Ariadzie
i przystąpić do potyczek
w tym co najmniej samym składzie.

Za ten roczek, który zleciał,
wszystkim mówię – wielkie dzięki.
A nagrodą dla każdego
od Małgosi uścisk ręki.


Robert Kozieł