„Reminiscencje z Kuklówki”

W dniu jedenastego grudnia
do Kuklówki pod Grodziskiem
przyjechały z całej Polski
kluby wszy…, no prawie wszystkie

I Ślązaki, Zagłębiaki,
Kujawiaki i Krakusy,
Głogowianie, Mazowszanie
i Pyroki, wróć – Pyrrusy.

Można było wystartować
tworząc również „timy” własne,
a przykładem tu drużyna
z miasta Cz. spod Góry Jasnej.

Wszyscy by rywalizować
o czempionat drużynowy
i wykazać, które trio
mistrzem jest w łamaniu głowy.

Całość tych dwudniowych zmagań
w cztery rundy zestawiono,
aby ciągły dreszcz emocji
szaradziarskie miało grono.

Od sztafety rozpoczęto,
dla niektórych runda straszna.
Kto? Co? Ile rozwiązywać?
– Tu taktyka była ważna.

Druga runda meczem zwana
(ja bym dodał też – kaskadą),
gdzie drużyny w pełnym składzie
mogły zmagać się z szaradą,

lecz nie jedną, a zestawem,
rozwiązałeś, bierzesz inne,
tuzin zadań, „kupa czasu”
– miałeś na to „aż” godzinę.

Na dodatek mały problem:
Jak osiągnąć dobry wynik,
kiedy nie wiesz kto w tym meczu,
to ukryty Twój przeciwnik!

Trzecia runda, też w drużynie,
tylko z drobną tą różnicą,
że nie było zadań tuzin,
ale chyba ponad tysiąc.

A zadania, co kto lubi:
pomysłówki, jolki, szkotki,
krótkie formy i rebusy,
i sudoku, i odwrotki.

Czym dla jednych bułka z masłem,
tym dla drugich trudne słowa,
jednak każdy swym ołówkiem
wpisać w diagram coś próbował.

Kiedy szybko nastał wieczór
i end nastał pierwszej tury,
wówczas to do ciężkiej pracy
przystąpiło zacne jury.

I niebawem ogłosiło
kto plasuje się na czele
– niespodzianki tu nie było,
pierwszy „Pyrrus” przed „Kamerem”.

O victorii w tych rozgrywkach
jolka – gigant rozstrzygnęła,
do wpisania haseł setka,
stąd więc nazwa jej się wzięła.

A do tego kilka kruczków,
by pikantniej było jeszcze
i by wzbudzić na ostatek
dodatkowy pot i dreszcze.

Pierwszy „Kamer” się uporał
(wykazując wielką klasę),
bo rozwiązał to zadanie
– raz, że dobrze, dwa – przed czasem.

I tym samym na finiszu
wygrał z klubem z Wielkopolski,
a różnicą minimalną,
bo dosłownie o włos koński.

„As” z Głogowa – był tym klubem,
co okazał się brązowym,
choć po cichu tu stawiałem
na „Technopol” z Częstochowy.

Pozostałym uczestnikom,
którzy licznie się stawili,
również się należą brawa,
bowiem wielce się trudzili.

Ze spokojem mógłbym skończyć
te nużące dywagacje,
ale chciałbym jeszcze innym
złożyć wielkie gratulacje.

Najpierw ślę głęboki ukłon
(nie sam będąc w tej naturze)
tak dla Staszka, jak i Magdy,
bo zrobili Prace Duże.

No i Zuzi, która bardzo
pomagała mamie, tacie
i zapadła nam w pamięci
poprzez gniotka przy „goliacie”.

Wielkie dzięki dla „Edypa”,
który cenny czas poświęcił
i ten turniej przygotował,
tak by zapadł nam w pamięci.

Od „ARIAdy” – dzięki wszystkim
za wspaniałą atmosferę,
szkoda tylko, że rozgrywki
zakończyły się w niedzielę.

Można długo by dziękować
(tak jak Krzysiek L. z „Edypa”)
ale czuję, że nie zmieścił
bym ich w dwustu zwrotkach chyba.

A na jego zaproszenie,
„by się za rok znowu spotkać”,
ja odpowiem – „bardzo chętnie”,
a tymczasem koniec – kropka.


Robert Kozieł